Zima, zimka…

Zima, zimka…

Widok na Mazury w ostatnim czasie zawężył się niesamowicie…spadł śnieg i nagle z całej ogromnej przestrzeni, dostrzeganej przez mnie, jadąc drogą przecinającą puszcze, stał się widokiem na “asfalt”- bądź też, nazywając to co asfaltem być powinno ujmę to tak: ” drogą posypaną białym puchem, ujeżdżoną na prawie idealnie gładką taflę, nic, a nic nie posypaną niczym, co ułatwiałoby nam hamowanie…” oj..wiele mogłabym jeszcze napisać o tych naszych lokalnych drogach…ileż to razy brzydko nazywałam kierowcę z naprzeciwka, który jadąc nie zjeżdżał mi z drogi, albo jakimiż to epitetami obsypywałam (w myślach) panów, którzy powinni posypać jakimś piachem drogę, a tego nie zrobili…ale wiecie co? wszystko diametralnie uległo zmianie ostatnimi czasy.

 

Zima zawsze była moją ulubioną porą roku. Uwielbiam jak jest zimno, jak pada śnieg. Im więcej tym lepiej. Niestety, kiedy zdobyłam prawo jazdy (4 lata temu) zima okazała się być koszmarem. Z jednej strony cieszył mnie widok zza okna, który w takiej postaci niesamowicie mnie uspokaja, z drugiej jednak, pojawiał się niepokój “jak ja mam jechać po TAKIEJ drodze ponad 20 km”.

2 zimy później, strach w trakcie jazdy, przeobraził się, w niemalże niekończącą się podróż. Po prostu, stres ustąpił, a w to miejsce pojawiło się znudzenie: prosta droga, w koło tylko drzewa, a ja mam uważać, żeby samochodem nie machnęło. I (odpukać) nie machało. Być może dlatego, że w takich warunkach rajdowcem to ja nie jestem. Nie będę pisać z jaką prędkością się poruszam- napiszę tylko, że grzecznie zjeżdżam na pobocze, jak ktoś chce mnie wyprzedzić.

Tej zimy postanowiłam podejść do sparwy nieco inaczej. Skoro i tak jadę z prędkością żółwia, to może wkońcu podniosę wzrok z tego “asfaltu” i rozejrzę się wkoło.

Tegoroczna zima przyszła późno, ale wejście miała fenomenalne. Wszystko wkoło wygląda poprostu bajkowo. Teraz jadąc, delektuję się tym widokiem. Wszystkie drzewa są grubo pokryte śniegiem, świerki prezentują się najpiękniej. Są takie skulone pod śniegiem, jakby skrywały jakąś tajemnicę… Niezwykle wygląda to zwłaszcza “rano”, czyli godzina ok. 6:30,kiedy to do pracy jadę. Jest jeszcze wtedy ciemno, a światła samochodu oświetlają te drzewa, które niemalże wchodzą na asfalt…

Naprawdę jest pięknie.

ps. Panom drogowcom należy się pochwała…ostatnio zaczęli sypać piach!

Przyjęłam zasadę, że nie będę się przejmować tym na co nie mam wpływu i staram sie jeszcze z tego czerpać korzyści (bardzo mi się one podobają)…

Pierniki!

Pierniki!

W tym wypadku nie ma różnicy czy jest to widok na Mazury, na Mazowsze, góry…robimy pierniki wszędzie i zawsze mamy z tej okazji przednią zabawę. Czasem z własnymi dziećmi jesteśmy w stanie “jak dziecko” pokłócić się, że ten szlaczek to nie pasuje na tej choince i, że gwiazdka ma być z tej strony i kropka. Taki mały demonik w nas wtedy wstępuje:)

Czasem dobra zabawa wynika z towarzystwa, a piernikowe wyczyny są tylko pretekstem do spotkań.

Przeróżne zestawy są mile widziane.

Zestaw przyjaciele i pierniki:

Pierniki Basi

Spotkali się przyjacie, bawili się całkiem nieźle i przy okazji połączyli przyjemne z pożytecznym:)

 
A jak spotkają się pierniki i grzane wino… to ciężko przewidzieć skutki. Wszyscy są zadowoleni. Zestaw wręcz pięciogwiastkowy:
 

Pierniki Kingi i Pawła

                                                                                
 
Mamy pierniki, które robione są w rodzinnym klimacie i jak widać, nie należy ograniczać wyobraźni, bo można wtedy pierniki pozbawić takich cudów:
 

Pierniki Ani

 Czasami w pracy nad piernikami trzeba uważać na paluchy (wycinanie niektórych ozdób z pomarańczy może się źle skończyć).

Pierniki Fraśki

 

W dowód tego,  że przed świętami pierniki powstają jak grzyby po deszczu, wrzucam kolejne zdjęcie, które kusi piernikami, że tak powiem- zdjęcie z ostatniej chwili:)

Pierniki Moniki

 

 Dobra zabawa, smaczny efekt ( mój zjadałam w trakcie pisania), fajna tradycja…i jeszcze ten grzaniec:)  Pozdrawiam wszystkie Piernikowe Babeczki:)

 
 
 

Zima 2011 :)

Zima 2011 :)

Aktualnie jeszcze trwa jesień. Wydaje mi się, że potrwa tak jeszcze ze dwa miesiące. Zimy nie widać. Cieszę się? chyba nie. Pomimo tego, że mamy czarne asfalty- u nas jak jest śnieżna zima drogi są zawsze białe i niskalane niczym, co mogłoby właściwości poślizgowe śniegu zlikwidować- jednak brakuje o tej porze śniegu.

Krajobraz wygląda mniej więcej tak:

A tak wspominając o  śniegu, w zasadzie o czekaniu na śnieg, co roku przypomina mi się pewien tekst. Moim zdaniem idealnie opisujący cudowną wiejską stronę życia…;)

“12 sierpnia.

Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pięknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.

14 października

Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory – tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniale! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba.

11 listopada.

Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić coś tak wspaniałego, jak jeleń. Mam nadzieje, że wreszcie zacznie padać śnieg.

2 grudnia

Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i wszystko było przykryte białą kołdrą. Widok jak pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdowa. Zrobiliśmy sobie świetna bitwę śnieżną (wygrałem), a potem przyjechał pług śnieżny i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdowa. Kocham Bieszczady.

12 grudnia.

Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z droga dojazdową. Po prostu kocham to miejsce.

19 grudnia

Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną drogę dojazdowa nie dojechałem do pracy. Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny.

22 grudnia

Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Całe dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonany, że pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej!

25 grudnia

Wesołych Świat! Jeszcze więcej tego cholernego  śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten sk..*** od pługu śnieżnego…przysięgam – zabije. Nie rozumiem, dlaczego nie posypią drogi solą, żeby rozpuściła to cholerstwo.

27 grudnia

Znowu to białe g..*  napadało w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą śniegu. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia pieć centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu?

28 grudnia

Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt pięć centymetrów tego białego cholerstwa. Teraz to nie odtaja nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, że sześć już połamałem kiedy odgarniałem śnieg z mojej drogi dojazdowej…

4 stycznia

Wreszcie wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i kiedy wracałem, pod samochód wpadł mi cholerny jeleń i całkiem go rozwalił. Narobił szkód za trzy tysiące. Powinni powystrzelać te zwierzaki. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie!

3 maja

Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej soli, którą posypują drogi.

18 maja

Przeprowadziłem się z powrotem nad morze. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach.”

ZACZERPNIĘTE  Z : http://www.beka.pl/txt_bieszczady.php

Autor nieznany (a szkoda).

Nad łąką

Nad łąką

Mój widok na Mazury to łąka, las…styl życia odzwierciedlający nastrój, jaki stwarza przyroda w koło.  A jakie tu mamy niebo!:) Rejon ten generalnie słynie z tego, że w okresie letnim potrafi solidnie wiać. Drzewa w lesie łamią się wtedy jak zapałki, a na niebie chwilę przed zawieruchami tworzy się nieziemski spektakl.

W tym roku, w lecie były tylko dwie groźniejsze burze, jednak, mieliśmy sporo szczęścia- główne uderzenie miało miejsce ok. 20km od nas.

A jak to było? gdzieś tam grzmiało, był upał, zbierały się chmury. Nic nadzwyczajnego. Do czasu, kiedy postanowiłam zobaczyć jak chmura wygląda z piętra. Już wtedy na zewnątrz zrobiła się klasyczna cisza przed burzą. No ale…wyszłam na piętro i zobaczyłam ciemną chmurę, tyle, że nietypowo, miała na samej górze wał jasnych chmur, które kotłowały się jak woda, która z wodospadu wpada do rzeki. Gdyby tego było mało, chmura ta zbliżała się w nienaturalnie szybkim tempie. Zdążyłam zrobić jedynie dwa zdjęcia i (co się zazwyczaj mi nie zdarza)  ze strachem zbiegłam szybko na dół i stanęłam z daleka od okien.

To było instynktowne zachowanie i jak się okazało chwilę później, wpełni uzasadnione, bo jak dmuchnęło to tylko słyszeliśmy trzask i huk. Efekt? kilka drzew za płotem zwalonych, a o lesie nie ma co wspominać- drzew nałamanych było strasznie dużo. I wiecie co? tylko 3 dni nie mieliśmy prądu- brawo fachowcy:)

Ta burza, jak już wcześniej wspomniałam, zachaczyła nas jedynie bokiem. A tam, gdzie szalała z całych swoich sił, sporo domów nie miało dachów… uff,  a było widać, jak ten wał szarych chmur na południe od nas zamienia się w istny kocioł…

To była ta najgorsza burza. Ale było też kilka innych, których chmury tworzyły na niebie niezłe widowiska:

Niebo nie burzowe też jest ciekawe.

Tu, gdzie mieszkamy niecałe 10 km od nas jest takie miejsce, w którym: jak u nas pada, to za tym miejscem jest już sucho i na odwrót. Bardzo często obserwuje zdjęcia satelitarne chmur i nie rzadko zdarza się, że widać na tych zdjęciach, jak front, jakby od linijki odcięty, kończy się (bądź zaczyna) gdzieś nad nami.

Zatem, czasami głowa w górę czasami przed siebie i jakoś leci :) hej!

A co tam na łące?

A co tam na łące?

Nic. Kompletnie nic. Jest już listopad, więc poranki znalazły się raczej w kategorii: noc. Pewnie cokolwiek zaczyna być widać, jak już nie ma mnie w domu. Ale ale…nie jest tak źle. Mam czasami takie wrażenie, że Ci moi przyjaciele przenieśli się w pobliże mojej drogi do pracy.  I gdyby nie fakt, że zazwyczaj pędze lekko już spóźniona, to by mnie nawet cieszyły te futrzaki:) Praktycznie nie ma dnia o tej porze roku, żebym rano ich nie spotkała. Mają całą puszcze, a one akurat po drodze muszą chodzić.

Wczoraj na przykład przy samym afalcie stał łoś. Parę metrów w głąb lasu stały jeszcze dwa. To była dobrze mi znana rodzinka. Mama i dwa młode. ..Kiedy je zobaczyłam, zatrzymałam samochód i wyszłam, żeby zrobić zdjęcie. Niestety tylko komórką. Efekt- nie godny pokazania:) Gdyby to były jelenie, od razu ruszyły by z kopyta i tyle bym je widziała. Ale to były ŁOSIE. Podeszłam na 3-4 metry. Stały, gapiły się i skubały gałązki świerka.

A jelenie? to już plaga! Trzeba bardzo uważnie pędzić:), żeby zdążyć wyhamować. Pamiętać też trzeba, że jak przebiegł jeden, to nie ma innej możliwości- przebiegnie i drugi. To samo tyczy się saren. Uwaga- tu wtrące: sarna i jeleń to dwa odrębne gatunki. Kto pożenił sarnę z jeleniem niech ma o to pretensje (chyba) do Disneya i jego bajek.

Zatem sarna- też częsty gość na asfalcie w czasie, kiedy gnam do pracy.

Jeżdząc ta trasą już 3 rok mniej więcej wiem, w których miejscach powinnam się  spodziewać zwierzaków. Mimo to, naprawdę,  w trakcie jazdy uwaga skupia się na tym czy zaraz coś mi na jezdnię nie wyskoczy.

Rzadszym widokiem są wilki, jenoty, borsuki i lisy. Ale i te się zdażają. Ostatnio, kiedy spotkałam wilka, chwilę udało mi się nawet iść za nim. Nie uciekał. Szedł trochę przyspieszonym krokiem  i trzymał słuszny dystans. A ja oczywiście nie miałam aparatu. Gdybym miała, to pewnie nie spotkałabym wilka. Tak to już jest.

Ściana…

Ściana…

Każdy z nas wie, ile ma w sobie uroku biała, regipsowa ściana… Ona jest poprawna, ale nie urokliwa. Pogląd ten jest bliski rónież mojemu mężowi, który “swój kąt” musi urządzić tak, żeby nie było, jak ze sklepu. Zwał jak zwał. Musi być inaczej.

Wprowadziliśmy się do domu, w którym są właśnie te wspaniałe gipsowe równiutkie ściany. Mąż chodził, myślał, myślał, aż oznajmił, że jedzie kupić deski.

Jak powiedział, tak zrobił. Deski szybko znalazły się w garażu. Kilka dni hałasu minęło jak z bicza strzelił… Stuki, puki i inne takie, przeplatane słowami: “tylko tam nie wchodź, nie podglądaj” sprawiły, że moja ciekawość rosła.

W końcu mogłam obejrzeć efekt.

Biała bezpłciowa ściana zniknęła, a pojawiła się ściana z desek, poprzeplatana sznurem, który został “upchany” pomiędzy deskami śrubokrętem.

Tak dom urządza mąż. Ja moje kąty staram się zmieniać za pomocą farb. Dzisiejszy dzień minął pod kątem pleneru malarskiego, w trakcie którego powstały dwie prace.

Piękny jesienny dzień, wyjątkowo spokojny i bez najmniejszego podmuchu wiatru- co jest wręcz dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że malowałam nad samym brzegiem jeziora.

Jeden obraz z wodą, drugi kompletnie oderwany od widoku jaki miałam wokół siebie. Ale to się nie liczy. Najważniejsze jest, że można było cały boży dzień poświęcić na tylko i wyłącznie malowanie w ciszy i spokoju. Nigdzie się nie spieszyłam. Wygrzewałam się na słońcu, a wkoło mnie był las i jezioro. Tylko sójki darły się (dosłownie) nie do zniesienia:) ale ja też bym się wściekała, gdybym była sójką, a inna sójka chciała mi podebrać moje zapasy na zimę. Generalnie rzecz biorąc: narzekający mężczyźni na swoje “głośne” żony powinni być dozgonnie wdzięczni, że te kobiety to nie sójki…

A i były tam też łabędzie. Odkryłam je pełna dumy i z jeszcze większym namaszczeniem skradałam się do nich, żeby zrobić ciekawe zdjęcia z możliwie bliskiej odległości. Była to śnieżnobiała para rodziców i 3 szare młode… Podeszłam bardzo blisko brzegu, a one podpłynęły najbliżej jak się dało. Później okazało się, że były przyzwyczajone do ludzi…

Plener… 

Drugie życie starej dechy…

Drugie życie starej dechy…

Stodoła, strych, drewutnia, garaż…jest w tych pomieszczeniach tyle materiału do wykorzystania w ciekawy sposób. Napewno znajdzie się tam conajmniej jedna, stara, brudna, odrapana decha. Może być i deseczka. Wszystko jedno. Ważne by była zauważona, podniesiona, obejrzana…Potem powinna nastąpić chwila zastanowienia…Co z nią zrobić? – półkę, ramkę na zdjęcie, mydelniczkę, wieszak? pomysłów jest mniej więcej tyle, ile głów i ile potrzeb w naszych domach. Wystarczy wyjść poza schematy. Nie podobała mi się żadna mydelniczka w sklepie, więc musiałam sama ją zrobić. A w zasadzie jedynie podnieść kamień z ziemi, który się nadawał…

 

Chodząc po lesie można znaleść wiele skarbów: kamienie, gałęzie…ale też, mając trochę szczęścia- poroże jelenia. A już mając takich kilka można poszaleć z robieniem drobnych mebli.

Inną kwestią jest, że można oszaleć, kiedy takiego poroża w formie mebli jest w domu za dużo, zatem…przyjmijmy, że w zupełności wystarczy zestaw, który spadł z kilku jeleni. To i tak sporo i można takie znaleziska spożytkować nie robiąc z naszego domu muzeum łowiectwa…

Łączymy ze sobą znaleziska: deska + poroże i mamy wieszak. Zdanie poprzednie wypowiada się szybko, jeszcze szybciej chyba można wpaść na pomysł takiego połączenia, jednak, wykonanie wieszaka, to już kawał dobrej roboty, którą wykonał mój mąż (zdolniacha). Najpierw musiał popracować nad deską. Trwało to trochę, bo trzeba ją było troszkę przyciąć i zrobić tak, żeby była nierówna (symetria jest wrogiem piękna). Zrobione.

Kolejny krok. Poroże. Hmmm tu sprawa, można by rzec, była trochę śmierdząca. Dlaczego? Ano przetnijcie piłą mechaniczną jakąś grubą kość- troszkę ta kość nagrzeje się w miejscu cięcia , a przypalona kość nie pachnie ładnie. Warto się jednak pomęczyć. Kilka kawałków pociętego poroża, ładna deska, odpowiednio wszystko skomponowane:

I mamy wieszak…w sumie to mąż ma. Zaznaczył przy inauguracji dzieła, że nie mam prawa go w jakikolwiek sposób ulepszać, upiękniać i wogóle mam się trzymać z daleka od wypalarki…

Deska teraz żyje drugim życiem, poroże znalazło się na ścianie…hmmm o ścianie napiszę jutro:) Będzie to historia o deskach, sznurku i śrubokręcie.

Inna łąka

Inna łąka

Tym razem wyjątkowo, widok mam na góry:) Nie ma piasku, nie ma sosen, jest błoto i są moje stare miejsca, które zmieniły się nie do poznania.

Po kolei.

Zamierzenia były takie: jadę w góry, będę chodzić po szlakach całymi dniami. Kiedy przyjechałam, opcja całe dnie zmieniła się w wyjście, jak tylko się nasiedzę w domu (przecież tak dawno mnie tu nie było). Rzeczywistość zweryfikowała i te zamierzenia…na góry patrzę, a wycieczkę jak na dzień dzisiejszy zrobiłam sobie po najbliższej okolicy…poszłam do “mojego dużego lasu” i okazał się to być strzał w dziesiątkę.

Droga do “dużego lasu” prowadzi przez dwa strategiczne miejsca z czasów podstawówkowo- licealno-studenckich. Są to mianowicie: strumyk Bobrek (niezliczona liczba ognisk) i Mały Lasek (niezliczona liczba ognisk)…to budzi górę wspomnień. Wspomnienia numer jeden- buraki cukrowe nie smakują z ogniska tak dobrze jak ziemniaki, uciekając we mgle przed “chyba dzikami” nie wiele zwojuje się strasząc je pękiem kluczy,szybka konna jazda po ściernisku z plecakiem pełnym kukurydzy na ognisko nie podoba się twoim plecom, no chyba , że lubi się mieć poobijany kręgosłup…he he, fajnie było, ale ja nie o tym tu chciałam napisać:)

Minęłam wspomniany Bobrek, Mały Lasek  i po wdrapaniu się na samą górę dotarłam do Dużego Lasu. Beskid Mały miałam jak na dłoni:)

Pogoda taka jak lubię, widoczność bardzo dobra, pająków PRAWIE  BRAK.

W górach podobno wszystko jest uparte. Trzeba sobie jakoś radzić. Idąc w ten październikowy zimny dzień nie liczyłam na to, że jeszcze zobaczę kwitnącą dziką różę. Uparła się jedna gałązka, że jeszcze zakwitnie. A co! Komicznie to wyglądało, bo wiatr był tak silny, że można by się było zastanowić czy owoce dzikiej róży nie pospadają. A ten uparty kwiatek nie pozwolił sobie ani jednego płatka strącić. Strach się bać, dlatego nie ryzykowałam, nie zrywałam, pozwoliłam sobie jedynie na zuchwałą fotografię.

Ślicznie wyglądały owoce dzikiej róży na tle gór. Co prawda najpiękniej prezentują się zimą (a jeszcze jak gile usiądą na nich wkoło…), ale nie narzekam, były bardzo fotogeniczne:

Duży las przywitał mnie bardzo gościnnie. Pozamykał tak jak już pisałam PRAWIE wszystkie pająki. Zważywszy na fakt, iż moja wizyta nie była wcześniej zapowiedziana, najzwyczajniej w świecie nie zdążył ich wszystkich zamknąć,a ten jeden, który pozostał, czyhał na mnie i zaatakował mnie i mój aparat w najmniej spodziewanym momencie…kiedy chciałam zrobić zdjęcie. Jego wszystkie oczy, a ma ich dużo, łypały na mnie złowrogo. Aparat szybciutko wylądował na ziemi i wzięłam go z powrotem, kiedy upewniłam się, że już mi nic nie grozi…(byłam dzielna).

Moje ścieżki wiodą wąwozem w dół do strumyka. Kic, kic, kic i jużem przy strumyku. Chwilę nawet byłam nad nim:

Od strumyka już nie daleko na małą polanę, na której jest fajna górka po której turlałam się jak byłam małym bąblem, niedaleko też jest paśnik, który zawsze wyglądał jak z bajki, duży, w ciemnym lesie…Idę idę, a długo mnie nie było w tym miejscu…jestem na polanie,a tu …niespodzianka. Fajna górka zarosła brzozami. Całkowicie. Paśnik jest mały, a wkoło las, jak las.Ni różni się niczym od pozostałego wkoło. KONFRONTACJA WSPOMNIEŃ I RZECZYWISTOŚCI- W TYM PRZYPADKU NIEWSKAZANA:)Nie zrażona tym co zobaczyłam poszłam dalej. Bardzo dobrze zrobiłam. Znalazłam się na przepięknym polu słoneczników. Przypominam Wam, mamy październik- niech nikt nie spodziewa  się łanów żółtych słoneczników o tej porze. Były to już tylko kikuty słoneczników, bez ani jednego nasionka, ale miały taki urok w sobie. To miejsce, otoczone z jednej strony dębami, z jednej brzozami,  ze względu na aurę wkoło zdawało się usypiać… cisza, spokój, spadające liście. Pięknie.

Wracając z tej wycieczki, nie planowałam trasy innej, niż ta, którą w to miejsce przyszłam. A jednak. Nie wiadomo jak, szłam, szłam (w zasadzie łaziłam, żeby jak najwięcej miejsc odwiedzić) i dotrałam do łąki, która była moją ulubioną, tu w górach. Bardzo często ta łąka zimą stawała się naszym lodowiskiem. Była lekko podmokła i zimą, jak było więcej wody i mróz to ściął mieliśmy prywatne lodowsko. Ale pozatym, latem była bardzo mocno ukwiecona. Zawsze. Gospodarz używał bardzo ekologicznych nawozów i zachowały się na niej duże ilości przeróżnych gatunków kwiatków.

To była podróż w czasie:)

Bez czarnej farby…

Bez czarnej farby…

Całkiem  niedawno dowiedziałam się, że “nie wolno używać czarnej farby”…no ludzie!!…trzymajcie mnie:) jak to jest możliwe? pomyślałam wtedy. Przecież każdy mój obraz miał w sobie czerń. Każdy. No, bo patrząc na świat za oknem, moim zdaniem czarnych kolorów jest sporo. Pień drzewa- to mieszanka wielu odcieni, czarnego też. Jednakże… będąc wtedy pouczana przez doświadczonych malarzy, pomyślałam sobie, że mooooże coś w tym jest.

Te cenne informacje zdobywałam w trakcie któregoś tam pleneru. Zawsze czegoś można się od innych nauczyć, ale “kopiując” czyjeś postrzeganie świata przestaje się być sobą i kropka. Nawet kosztem źle namalowanych obrazów…tylko słowo “źle” nie jest chyba odpowiednim wyrazem. Źle namalowany obraz moim zdaniem jest wtedy, kiedy kopiuje się celowo czyjeś dzieło i coś nie wyjdzie. W oryginale było drzewo, na naszym płótnie zapomnieliśmy o nim. To jest źle.

Obraz malowany z pasji, jak kiczowaty by nie był, nie może być namalowany źle. “Maluje bo lubię, co z tego, że  wychodzi jak wychodzi”- tak myśląc chyba najwięcej człowiek się nauczy i zyska sporo na swoim warsztacie (jaki by nie był).

Ale ale…skusiłam się na jeden obraz bez czerni. Uzyskiwałam podobne odcienie do niej, mieszając inne farby i generalnie starałam się, żeby był jasny. Z jakim efektem? coś tam wyszło, ale nie jestem z niego zadowolona, bo był namalowany na siłę, ściśle według wskazówek.

Wyszedł blady i bez jaj:)

Konkluzja: malując warto jest usłyszeć rady techniczne (jakie farby kupić, jak je rozcieńczyć…i tak dalej), ale warsztat pracy niech powstaje sam. Bez podpowiadaczy. Potrwa to dłużej, ale będzie bardziej autentyczny efekt.

Teatr…

Teatr…

“Ta drabina to schody do nieba,

a ta miska nad schodami to księżyc.

Tamten miecz

to zwyczajny pogrzebacz,

a z garnków są hełmy rycerzy.

Lecz kto w te czary nie uwierzy?

To jest teatr, to jest teatr.

To jest teatr

A teatr jest po to,

żeby wszystko było inne niż dotąd.

Żeby iść do domu w zamyśleniu

w zachwycie.

I już zawsze odtąd księżyc w misce widzieć… “
Tekst powyżej jest autorstwa Pani Joanny Kulmowej, a Pan Grzegorz Turnau ustroił go w muzykę:)  Wiersz (i piosenka) nosi tytuł “Księżyc w misce”. Dlaczego “wylądował” u mnie?

Bo można powiedzieć, że jest moją życiową filozofią. Można rzeczy wkoło nas odbierać na wiele sposobów.  A czemu właśnie nie tak? Wszystko wtedy staje się o wiele ciekawsze.

Ostatnio w trakcie spacerowania po lesie zobaczyłam na drodze  mały kawałek gałązki brzozowej. Niby nic ale wyobraźnia zaczęła pracować i momentalnie przerobiła zwykłą gałąź na patyk ukąszony przez osę.  Miała ta nieszczęsna “pokąsana” gałąź po prostu lekkie zgrubienie, jednak na tyle widoczne, że nasunęła mi się taka właśnie myśl. Nie miałam ze sobą aparatu, ale jeżeli jeszcze tam  jest (a pewnie tak) to zrobię zdjęcie i pokażę Wam o co mi chodzi:)… Zdobyłam to zdjęcie:)

Innym przykładem jest dostrzeżona głowa konia (araba) w karpie, przewróconym korzeniu drzewa…zobaczcie sami, moim zdaniem jest doskonale widoczna:

Malując obrazy, bardzo często właśnie, tak jak już kiedyś pisałam, nie znam efektu końcowego. Wyobraźnia pracuje i obiekt, który maluje na płótnie wygląda inaczej. Dlaczego? no bo właśnie ” to jest teatr” i zmieniam trochę scenerię…czemu nie?

Ten obraz powstał w trakcie pleneru malarskiego. Czyli- nie była to piwnica, miałam przed sobą konkretny krajobraz i nawet była tam jedna sosna, ale w towarzystwie wielu innych drzew. Ponadto, była śliczna pogoda i wręcz niebieskie niebo bez ani najmniejszej chmurki. Ale powstał taki obraz. Drzewa wkoło “pościnałam”, “puściłam” winobluszcz na sosnę i trochę “namieszałam” w pogodzie. Wszystkich psychoanalityków proszę o odstąpienie od zamiaru wypowiedzenia się na ten temat i z góry informuje- nie jestem w stanie depresji, w moim życiu wszystko gra. Po prostu lubię takie właśnie klimaty, taką szaroburą pogodę. Może ktoś z Was czytając ten wpis bardziej przychylnie spojrzy na zbliżający się niesławny listopad. Przecież to czas, kiedy czeka się na pierwszy śnieg:) -wiem wiem, nie pomagam…ale “teatr  jest po to, żeby wszystko było inne niż dotąd…”